Chomik europejski znika z polskich pól. Aby go uratować, potrzebujemy współpracy z rolnikami i wsparcia finansowego państwa – powiedziała PAP biolog i zoolog prof. Magdalena Hędrzak. Dodała, że zamiast traktować chomika jako problem, powinniśmy promować gospodarstwa przyjazne przyrodzie.
PAP: Zwierzę roku 2026, a jednocześnie gatunek na skraju wyginięcia, czyli chomik europejski. Kim on właściwie jest?
Prof. Magdalena Hędrzak, biolog i zoolog z Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie, od lat zajmująca się ochroną chomika europejskiego: To absolutnie wyjątkowy gryzoń. Największy chomik świata. Może mieć do 30 cm długości i ważyć nawet około 800-850 gramów. Jak ktoś próbuje go sobie wyobrazić, to najbliżej mu do świnki morskiej, czyli kawii domowej, bardziej dzikiej i zdecydowanie bardziej charakternej.
Jest też bardzo charakterystyczny wizualnie. Czarny brzuch, rudy grzbiet, kremowe plamy. Na polu praktycznie znika, bo jego ubarwienie idealnie go maskuje.
PAP: Gdzie można go u nas spotkać?
M.H.: Głównie w południowo-wschodniej Polsce – Małopolska, Lubelszczyzna, Świętokrzyskie, Podkarpacie. Dalej na zachód jego populacje są już bardzo rozdrobnione, wyspowe. Jest też linia północna na Dolnym Śląsku, która praktycznie zanika. Najlepiej radzi sobie linia wschodnia. Problemy w każdej z linii wynikają z postępującej fragmentacji siedlisk, przez co powstają izolowane, odcięte od siebie populacje, pojawia się chów wsobny i to bardzo osłabia gatunek.
PAP: Chomik ma opinię agresywnego szkodnika. Czy to prawda?
M.H.: To bardzo niesprawiedliwa łatka. On nie jest agresywny, tylko się broni. Jeśli ma gdzie uciec, ucieknie. Jeśli nie ma, staje do obrony. Ludzie widzą, że podskakuje, piszczy, czasem szarżuje i interpretują to jako atak. A to jest desperacja. On jest dużym gryzoniem, nie może się schować jak mysz, więc próbuje odstraszyć przeciwnika.
Jeśli chodzi o szkodnika, to historycznie rzeczywiście był tak postrzegany. W czasach powojennych, gdy żywności brakowało, każde zwierzę podbierające plony było problemem. Ale dziś sytuacja jest zupełnie inna. Plonów mamy dużo, a chomika bardzo mało.
On nie podgryza korzeni drzew jak norniki, nie niszczy systemów korzeniowych. Zbiera pokarm z powierzchni – ziarno, nasiona, owoce, warzywa – i znosi do nory. Jego wpływ na uprawy jest dziś znikomy. To raczej gatunek, który nie nadąża za zmianami, jakie wprowadziliśmy. Ale faktem jest, że nie odpuszcza. Jak się bardzo wystraszy, to czasem nawet szczeka, stąd jego ludowa nazwa piesek ziemny.
PAP: Jak żyje?
M.H.: W dużej mierze pod ziemią. Buduje bardzo rozbudowane nory z kilkoma wejściami, komorami i spiżarniami. Jedno wejście jest widoczne przy kopcu, którego średnica może mieć nawet dwa metry, drugie jest ukryte, pionowe niczym szyb windy w kopalni, takie awaryjne.
W spiżarniach gromadzi zapasy, które są absolutnie kluczowe. On hibernuje zimą, ale nie śpi przez cały ten okres. Co jakiś czas się wybudza i korzysta z zapasów. Jeśli ich nie ma – nie przeżyje zimy.
PAP: Przejdźmy do rozmnażania, bo to chyba klucz do zrozumienia jego sytuacji.
M.H.: Tak, bo tu najlepiej widać, jak bardzo zmieniły się warunki życia. Po zimie samce budzą się wcześniej i zaczynają walczyć o terytoria. Te walki są naprawdę intensywne – gryzą się, przeganiają, skaczą na siebie. Często kończy się to poranionymi uszami, które u samców są bardzo charakterystyczne.
Rewir samca to ok. 1500 mkw., a czasem więcej. Samica trzyma się bardzo blisko swojej nory, w promieniu do 10-15 metrów – to jest jej centrum świata.
Kiedy zaczynają się zaloty, samiec zostawia przed norą samicy sygnały zapachowe, m.in. odchody. To jego wizytówka i komunikat dla innych samców: to mój teren. Samica jest bardzo wybredna. Jeśli samiec się jej nie spodoba, potrafi go bardzo agresywnie przepędzić. I to ona często zostawia po sobie ślady na uszach samców.
PAP: Czyli samice też potrafią być brutalne?
M.H.: Zdecydowanie. Samiec, który nie zostanie zaakceptowany, musi się wycofać, bo ryzykuje poważne obrażenia.
PAP: A jeśli chomicza dziewczyna zaakceptuje kawalera?
M.H.: Dochodzi do kopulacji, ale to nie oznacza wierności. Samica może kopulować z kilkoma samcami i w jednym miocie młode mogą mieć różnych ojców. Pierwsza ciąża trwa około 17 dni, druga ponad 30. Młode rodzą się bardzo małe, ważą około 5 gramów, są ślepe i nagie. Całkowicie zależne od matki.
Zaraz po porodzie samica może wejść w kolejną ruję. Czyli jednocześnie karmi młode i jest już w kolejnej ciąży.
PAP: Jak wygląda opieka nad młodymi?
M.H.: Bardzo intensywnie i bardzo świadomie. Samica nie tylko je karmi i chroni, ale też edukuje. Młode uczą się od niej, jak reagować na drapieżniki, jak się poruszać, kiedy uciekać. To nie jest w pełni intuicja wrodzona. Wiemy, że młode od dzikich matek dużo lepiej reagują na zagrożenia niż te z hodowli. Czyli ta nauka jest realna i kluczowa.
Po kilkunastu dniach chomiczki zaczynają pobierać pokarm stały, a po kilku tygodniach wychodzą z nory. I wtedy zaczyna się najtrudniejszy etap. Samica je opuszcza i przenosi się do kolejnej nory, żeby urodzić następny miot. Ale zostawia młode w znanym środowisku. One wychodzą stopniowo, uczą się terenu. Każde musi znaleźć swoje miejsce, wykopać norę i zgromadzić zapasy. To jest moment, kiedy ginie najwięcej osobników – przez drapieżniki, brak pokarmu i brak osłony.
Jednak ten system ma swoje dobre strony – chomicze mamy, opuszczając gniazdo i pozostawiając swój miot, dbają jednocześnie o kolejny. Nie przeniosą na niego pasożytów, jakie w tym pierwszym gnieździe mogły się zasiedlić.
PAP: Dlaczego dziś rodzi się mniej chomiczych dzieci?
M.H.: Bo zmieniło się środowisko. Kiedyś była większa różnorodność pokarmu – rośliny białkowe, bezkręgowce. Dziś mamy monokultury. Chomik potrzebuje zróżnicowanej diety. Bez białka i witamin nie jest w stanie efektywnie się rozmnażać. Dochodzi do sytuacji, w których samice mają jeden miot zamiast dwóch czy trzech, a liczba młodych spada.
Są też bardzo niepokojące zjawiska, jak kanibalizm. We Francji zbadano, że dieta oparta na kukurydzy powoduje niedobór witaminy B3, czyli niacyny. To zaburza funkcjonowanie organizmu i zachowanie samic, które zabijają młode.
PAP: Czyli głównym problemem jest intensyfikacja rolnictwa?
M.H.: Jednym z głównych, ale – trzeba podkreślić – to nie jest wina rolników. Oni działają w systemie rynkowym, który narzuca określone praktyki. Problemem są monokultury, chemizacja i likwidacja miedz. Miedze były kiedyś miejscem, gdzie rosły dzikie rośliny, gdzie były owady, gdzie chomik mógł się schować. Dziś często ich nie ma.
Do tego szybkie tempo prac – po żniwach pole jest szybko zaorane. Chomik nie ma czasu zebrać pokarmu na zimę, a sezon wegetacyjny jest dłuższy, więc już przed zimą zjada część tego, co zebrał.
PAP: Co z drapieżnikami?
M.H.: Jest ich więcej, a chomik ma mniej kryjówek. Do tego dochodzą koty i psy. Koty są ogromnym problemem. To nie są pojedyncze przypadki. My naprawdę widzimy koty na polach codziennie. I ludzie często mówią: „Wiem, że są chomiki, bo mój kot przynosi”. To pokazuje skalę zniszczeń.
PAP: Jak powinna wyglądać ochrona chomika?
M.H.: Przede wszystkim systemowo. Mamy opracowany krajowy program ochrony, ale on nie został wdrożony. To jest absolutna podstawa. Potrzebujemy współpracy z rolnikami, wsparcia finansowego i konkretnych narzędzi. Rolnik nie może być pozostawiony sam sobie.
Zamiast traktować chomika jako problem, powinniśmy promować gospodarstwa, które działają w sposób przyjazny dla przyrody. Można myśleć o certyfikatach, o wsparciu rynkowym, o budowaniu wartości takich produktów.
PAP: Jakie działania w terenie są najważniejsze?
M.H.: Poprawa siedlisk. Międzyplony, rośliny białkowe, zachowanie miedz, opóźnianie niektórych prac. Tworzenie ostoi – także prywatnych. Są też działania czynne – odławianie i wysiedlanie chomików, hodowle zachowawcze. Ale jeśli nie poprawimy środowiska, to te działania będą tylko chwilowe.
PAP: Czy państwo robi wystarczająco dużo?
M.H.: Na razie za mało. Potrzebna jest wola polityczna, żeby wdrożyć program ochrony, połączyć politykę rolną z ochroną przyrody i stworzyć realne narzędzia wsparcia.
PAP: A społeczeństwo?
M.H.: Ma ogromne znaczenie. Konsument decyduje, co się opłaca produkować. Jeśli zaczniemy wspierać produkty z gospodarstw przyjaznych przyrodzie, to system zacznie się zmieniać. I potrzebna jest zmiana myślenia. Chomik nie niszczy korzeni, nie zjada wszystkiego. On zbiera to, co leży na powierzchni. Je ziarno, nasiona, rośliny, czasem bezkręgowce, nie pogardzi owocami, które zabierze do swojej nory.
PAP: Czy miasta mogą być dla niego szansą?
M.H.: W pewnych warunkach tak. W miastach ma więcej różnorodnego pokarmu – krzewy, drzewa owocowe. Ale musi mieć przestrzeń i miejsca do życia. Problemem jest zabudowa i to, że często w ogóle nie uwzględnia się jego obecności.
PAP: Dlaczego powinniśmy go polubić?
M.H.: Bo to niezwykłe zwierzę. Odważne, uparte, bardzo inteligentne w swoim zachowaniu. I dlatego, że jego los mówi coś o nas. Jeśli znika chomik, to znaczy, że coś bardzo poważnie rozregulowaliśmy w środowisku. Dlatego nie ratujemy tylko chomika. Ratujemy system, który produkuje zdrową żywność, utrzymuje glebę i daje nam warunki do życia.
Rozmawiała Mira Suchodolska (PAP)
mir/ kj/ joz/
Fundacja PAP zezwala na bezpłatny przedruk artykułów z Serwisu Nauka w Polsce pod warunkiem mailowego poinformowania nas raz w miesiącu o fakcie korzystania z serwisu oraz podania źródła artykułu. W portalach i serwisach internetowych prosimy o zamieszczenie podlinkowanego adresu: Źródło: naukawpolsce.pl, a w czasopismach adnotacji: Źródło: Serwis Nauka w Polsce - naukawpolsce.pl. Powyższe zezwolenie nie dotyczy: informacji z kategorii "Świat" oraz wszelkich fotografii i materiałów wideo.