Nauka dla Społeczeństwa

10.12.2022
PL EN
25.08.2022 aktualizacja 26.08.2022

Ekohydrolog: zakaz wstępu do Odry jest podyktowany rozsądkiem

Fot. Adobe Stock Fot. Adobe Stock

Kąpiel w rzece, w której, niczym w kotle, przy obecnie panującej temperaturze, mieszają się różne substancje pochodzące z rozkładu, to ryzyko dla zdrowia – powiedział PAP dr Sebastian Szklarek z Europejskiego Regionalnego Centrum Ekohydrologii PAN. Dodał, że zakaz wstępu do Odry jest podyktowany rozsądkiem.

PAP: Można odnieść wrażenie, że dopiero po katastrofie ekologicznej na Odrze Polacy przeżyli oświecenie i dowiedzieli się, że ścieki odprowadzane są do rzek. Wcześniej tego nie wiedzieli?

Dr. Sebastian Szklarek: Świadomość tego, że te ścieki - oczyszczone bądź nie - gdzieś trafiają, niewątpliwie przedarła się do świadomości społecznej.

Ja to najbardziej widzę w obszarach miejskich, szczególnie w temacie soli, którą się zajmuję. Zimą zabezpieczamy się przed solą drogową na wszelkie sposoby, łącznie z montowaniem małych ekranów, żeby chronić przed nią roślinność. Natomiast pozostaje studzienka kanalizacyjna, która przyjmuje to wszystko, co spływa z ulicy, a finalnie studzienki kończą się w rzekach. To samo dotyczy wszelkich oczyszczalni, wiemy, że ścieki z budynków do nich trafiają, ale nie myślimy, co się z nimi dzieje później.

PAP: Teraz wydaje się, że właśnie ta sól przyczyniła się do katastrofy z zakwitem alg. Czy jest jakiś sposób, aby tej soli nie wprowadzać do środowiska, do rzek?

S.S.: Jeżeli chodzi o sól drogową może być ciężko. Jednak w przypadku sytuacji odrzańskiej jest trochę inny problem. Tam przede wszystkim dominuje zrzut zasolonych wód kopalnianych. Częściowo dokłada się też do tego lokalny przemysł, gdzie efektem ubocznym produkcji są m.in. zasolone ścieki. Niestety, z zasoleniem ciężko walczyć, są to tak kosztowne metody, więc często stosuje się różne rozwiązania formalno-prawne, bo wdrożenie tych metod jest „nieproporcjonalnie drogie”.

PAP: Dlaczego kopalnie wrzucają zasolone wody?

S.S.: Aby dostać się do zasobów kopalnianych – a mówimy głównie o węglu - trzeba odpompować wodę głębinową. A przez to, że woda ta zalegała na tym poziomie przez tysiące lat, to wszystkie skały, różne związki, będące w stanie się w niej rozpuścić, rozpuściły się. Przez to przy odpompowaniu takiej wody na powierzchnię, odpompowuje się całą solankę. Można to porównać do wód mineralnych pobieranych z różnych głębokości. Przy wodach termalnych, solankowych, kiedy występuje odpowiednia ilość skał, woda jest zasolona. W niektórych przypadkach ma właściwości lecznicze i powstają tam różne uzdrowiska. Natomiast gdy tak dużą ilość wód zasolonych odprowadzamy do rzek, nie można mówić o właściwościach leczniczych. Powoduje to zmiany środowiska wody śródlądowej, czasem tak duże, że w niektórych miejscach wody śródlądowe są nawet bardziej zasolone niż Bałtyk.

PAP: Jakie to są miejsca?

S.S.: Najbliżej różnych kopalni, są miejsca, gdzie w rzece przy zrzucie wód kopalnianych zasolenie jest bardzo wysokie. To, jak bardzo rzeka będzie zasolona w dalszym biegu, to kwestia tego, jak bardzo się sól w niej rozcieńczy. Przy suszy proces ten jest utrudniony.

PAP: Czy Odra jest jedyną naszą rzeką, z którą jest problem, jeżeli chodzi o jakość wód?

S.S.: W kwestii jakości wód mamy problem z większością rzek. Od lat nie spełniamy norm ustalonych przez Ramową Dyrektywę Wodną. Określa ona normy dobrego stanu wód. Są to różne parametry: od zasolenia, po związki azotu i fosforu i inne zanieczyszczenia – m.in. tak zwane substancje priorytetowe, które w niewielkich ilościach mogą być powodem szkód w środowisku. UE regularnie aktualizuje listę takich substancji i na bieżąco należy monitorować środowisko, czy ich nadmiar gdzieś nie wystąpi.

PAP: Jaki wpływ ma na te zanieczyszczenia rolnictwo?

S.S.: Działalność rolnicza dostarcza związków azotu i fosforu oraz różnego rodzaju środków ochrony roślin, które to substancje, wymywane podczas opadów, trafiają do wód powierzchniowych i je zanieczyszczają. Drenowanie obszarów rolniczych jest głównym źródłem azotu i fosforu, co później przekłada się na jakość wód morza Bałtyckiego.

PAP: To ciekawe, gdyż zwykle, kiedy jest mowa o zanieczyszczeniu wód, ludzie częściej wskazują na przemysł, niż na rolnictwo

S.S.: Bo przemysł to punktowe zrzuty, które łatwo zlokalizować i obserwować. W przypadku rolnictwa, jak i innych rozproszonych źródeł zanieczyszczenia, nie ma takich punktowych zrzutów, więc nie jest to widoczne gołym okiem. Poza tym, to zależy od związków, o jakich mówimy, bo jeśli o azocie i fosforze, to ich źródłem jest przede wszystkim rolnictwo. I sinice, z którymi mamy największy problem, są właśnie z tym związane. Natomiast przemiana gospodarcza w kraju spowodowała, że z jednej strony ten wielki, mocno zanieczyszczający przemysł w wielu miejscach upadł, a z drugiej strony - nastąpił rozwój nowych technologii oczyszczania oraz wymogów stawianych nam przez UE w zakresie ochrony wód. To z kolei sprawiło, że z automatu nastąpiła poprawa jakości takich punktowych zrzutów i mamy taki skutek, że te oczyszczane ścieki są coraz lepiej oczyszczone. Problem leży w tym, że nie ma ciągłej kontroli nad tym, co wpływa do rzek, co powoduje, że pojawiają się celowe lub niecelowe, w postaci zaniedbań, zrzuty wód, które nie spełniają norm.

PAP: Czyli jakieś firmy nielegalnie zrzucają te ścieki?

S.S.: Firmy, zakłady przemysłowe nawet komunalne oczyszczalnie ścieków. Grupą, która najczęściej to widzi i reaguje są wędkarze - oni najczęściej nad tymi wodami przebywają. Śledząc ten temat wielokrotnie widziałem komunikaty, że ścieki wylewane są w nocy czy w weekendy, kiedy jest mniejsza szansa, że ktoś to zobaczy. Okienko do takich działań istnieje przez to, że, jak już mówiłem, nie mamy systemu on-line do monitorowania zrzutów. Nie ma też niezapowiedzianych wizyt jakichś państwowych inspekcji, kontrola polega na tym, że badać próbki wody przyjeżdżają akredytowane laboratoria, które zwykle umawiają się wcześniej na wizytę, jest więc pole do manipulacji.

PAP: Ryzyko jest mniejsze, niż zyski z takich „lewych” zrzutów, więc dzieje się, co się dzieje. Mam jednak nadzieję, że ta katastrofa ekologiczna na Odrze przyspieszy pewne działania – mają np. być większe kary za zanieczyszczanie wód

S.S.: Zapowiedź zwiększenia kar pojawiła się chwilę wcześniej, niż dowiedzieliśmy się, co się stało z Odrą. Poza tym z wodą jest taki problem, że aby za jej zanieczyszczenie nałożyć karę, trzeba jeszcze wcześniej znaleźć sprawcę. Jeżeli nie ma wskazania zrzutu i nie przyjadą odpowiednie służby w momencie, kiedy nielegalnie spływają do rzeki ścieki, to ciężko to później udowodnić.

PAP: Woda zaciera ślady przestępstwa

S.S.: Tak, bo dopiero najczęściej widzimy te ślady, gdy - jak teraz - martwe ryby pływają do góry brzuchem. Przy wyższych stanach wody to zanieczyszczenie się lepiej rozcieńcza, nie ma tego efektu od razu. Bardzo często dopiero kumulacja kilku takich zrzutów daje efekt. Tak samo przy stanach suszy czy innych niekorzystnych warunkach pogodowych nadmiar zanieczyszczeń wypływa na wierzch w postaci śniętych ryb.

PAP: Padły ostatnio zapowiedzi wprowadzenia systemu monitorowania on-line. Jak to w praktyce wygląda?

S.S.: Jest to po prostu zestaw podstawowych czujników montowanych w wodzie, które wysyłają wyniki pomiarów do centralnego systemu, jeśli taki będzie zorganizowany. Możliwości są duże. Podobny system istnieje np. w Niemczech. Tam można wejść na stronę i oglądać odczyty pomiaru czystości wód w czasie prawie rzeczywistym. W ten sposób otrzymaliśmy pierwsze informacje na temat zanieczyszczenia Odry: stacja automatycznego pomiaru we Frankfurcie pokazała dane, na podstawie których można było zacząć wnioskować, co się tam dzieje.

PAP: Tylko Polska ma problem z czystością wód w rzekach?

S.S.: W zasadzie borykają się z tym państwa całej UE, najczęściej jest to problem z nadmiarem azotu i fosforu, natomiast lokalnie, w zależności od gospodarki i innych uwarunkowań, mogą do tego dochodzić jeszcze jakieś inne czynniki.

PAP: Czy zwykli ludzie mogą coś zrobić, aby przyczynić się do poprawy stanu wód w rzekach?

S.S.: Jeżeli odpowiednio gospodarujemy odpadami - to tak. Niektórzy do kanalizacji wlewają substancję pozostałe po różnych pracach: detergenty, farby czy inną żrącą chemię, niekoniecznie stosowaną do sprzątania, to później powoduje, że oczyszczalnie ścieków ma problemy z wydajnością. Odpady tego typu powinno się oddawać do specjalnych punktów utylizacji.

PAP: Tłuszczy też nie powinno się wylewać.

S.S.: Tłuszczy czy innych śmieci. Toaleta to nie śmietnik – były na ten temat liczne akcje różnych wodociągów. One zatykają kanalizację, robi się zator i jest problem. Jeżeli uda im się przedostać dalej, zalegają w oczyszczalni, co też nie powinno mieć miejsca. Odpady nieorganiczne, które się tam znajdą, ciężko zagospodarować. Z organicznych można jeszcze zrobić osady, z których da się zrobić nawozy, natomiast przy takich – dajmy na to - patyczkach do uszu, trzeba by ten odpad jakoś oddzielić od pozostałego.

PAP: Gdzie można znaleźć wspomniane wcześniej punkty utylizacji takiej żrącej chemii?

S.S.: Większość gmin powinna mieć punkty zbiórki odpadów. Jednak są pewne limity roczne, jakie dana placówka może przyjąć od osoby prywatnej. Jest to uregulowane tak, aby sektor działalności gospodarczej nie utylizował swoich odpadów w inny sposób niż powinien, czyli płacąc za to.

PAP: Wróćmy do Odry. Ile czasu będzie potrzebowała rzeka, żeby się zregenerować?

S.S.: To zależy od tego, ile organizmów tam umarło i jak dalej ta sytuacja się będzie rozwijała. Najpierw ryby i mięczaki umierały prawdopodobnie przez toksynę z glonów. Teraz same one powodują problem dla innych organizmów. Ich martwe ciała zalegają na dnie, rozkładają się i zużywają tlen w wodzie powodując wtórny problem przyduchy. Za chwilę może być tak, że to wszystko będzie gniło, mogą więc umrzeć kolejne organizmy, które potrzebują tlenu, a które jeszcze jakoś przetrwały tę katastrofę. Dalej - przy beztlenowym rozkładzie materii organicznej - mogą wydzielać się kolejne szkodliwe substancje jak siarkowodór, czy to, co jest zgromadzone w osadach rzeki przez lata. To wtórne zanieczyszczenie może spowodować następne problemy. Dopóki ta cała sytuacja się nie zakończy i odpowiednie zespoły nie ocenią, co się zmieniło w jej efekcie, trudno jest rokować, jak szybko ekosystem rzeki wróci do stanu sprzed incydentu.

PAP: Jednak wiadomo, że rzeki mają cudowną właściwość samooczyszczania...

S.S.: To prawda, że rzeki są w stanie to robić, problem tylko w tym, jak prędko to może w przypadku Odry nastąpić. Są zespoły naukowców m.in. z Uniwersytetu Szczecińskiego, Śląskiego i innych jednostek w kraju, które od lat monitorowały tę rzekę i wiedzą, jakie gatunki i w jakich ilościach w niej występowały przed katastrofą. One będą mogły najlepiej ocenić, w jakim stopniu stan rzeki się zmienił i ile czasu może zająć powrót do normalności.

PAP: Ciągle jest zakaz wchodzenia do Odry. Czy to rozsądek czy przesadna ostrożność?

S.S.: Rozsądek. Wprawdzie, z tego, co wiadomo, toksyna nie ma bardzo szkodliwego wpływu na człowieka, jednak już porażenia skórne może powodować. No i jeszcze pozostaje kwestia zagrożenia sanitarnego: rozkładające się ryby sprzyjają rozwojowi różnych patogenów, dlatego bez odpowiedniego zabezpieczenia, nie powinno się do wody wchodzić. Kąpiel w takiej rzece, w której, niczym w kotle, przy obecnie panującej temperaturze, mieszają się różne substancje pochodzące z rozkładu, to ryzyko dla zdrowia. Zakaz wstępu do rzeki jest podyktowany rozsądkiem.

Rozmawiała: Mira Suchodolska (PAP)

Autorka: Mira Suchodolska

mir/ aszw/

Przed dodaniem komentarza prosimy o zapoznanie z Regulaminem forum serwisu Nauka w Polsce.

Copyright © Fundacja PAP 2022