Polska zajmuje miejsce poniżej średniej w rankingu wolności akademickiej Rady Europy. Politolożka dr hab. Agnieszka Bieńczyk-Missala wskazuje na problemy z nominacjami profesorskimi, upolitycznienie ocen dorobku oraz ryzyko autocenzury w obliczu polaryzacji społecznej.
PAP: W listopadzie wzięła pani udział w konferencji Rady Europy, gdzie omawiano raport o erozji wolności akademickiej w Europie. Jakie są główne wnioski z tych dyskusji?
Politolożka dr hab. Agnieszka Bieńczyk-Missala, prof. Uniwersytetu Warszawskiego: Choć raport koncentruje się na erozji wolności akademickiej w Europie, podczas konferencji wielokrotnie odwoływano się także do sytuacji w Stanach Zjednoczonych. W dużej mierze to polityka prezydenta Trumpa spowodowała, że Rada Europy oraz Unia Europejska zaczęły ściślej monitorować obszar wolności akademickiej. Europa zaczęła patrzeć w przyszłość, spodziewając się, że praktyki obserwowane w USA mogą zawitać również do nas, dlatego należy się do tego przygotować.
PAP: Jeśli chodzi o wolność akademicką, to jak na tle państw Unii Europejskiej wygląda Polska? Jakie trendy obserwujemy w naszym kraju?
A. B.-M.: Polska została umieszczona w kategorii B, co plasuje nas na 32 miejscu na 38 państw Rady Europy, które znalazły się w zestawieniu, czyli znacząco poniżej średniej. Za Polską znalazły się jedynie: Armenia, Albania, Ukraina, Węgry, Azerbejdżan i Turcja. W raporcie i w samej dyskusji podczas konferencji zwrócono uwagę na trzy główne problemy w naszym państwie.
PAP: Pierwszy problem to…
A. B.-M.: Zwracano uwagę na procedurę nadawania tytułu profesora przez prezydenta. W warunkach silnej polaryzacji politycznej oraz tendencji antydemokratycznych mechanizm ten może rodzić ryzyko autocenzury. Naukowcy, zwłaszcza zajmujący się naukami społecznymi, mogą odczuwać obawę przed podejmowaniem tematów postrzeganych przez władze jako ideologicznie niewygodne lub niepożądane.
PAP: Do tego zaraz wrócimy, ale najpierw drugi problem: ocena dorobku naukowego.
A. B.-M.: Tak, chodzi o sposób oceny bibliometrycznej. Raport odnosi się do listy czasopism z 2021 roku, kiedy resort nauki przypisał wydawnictwom określoną punktację. Zwrócono uwagę na mechanizm zawyżania punktów czasopismom podejmującym tematykę zbieżną z linią ówczesnej władzy lub ideologicznie z nią zgodną.
W państwach demokratycznych ryzyko powiązania potrzeb politycznych z ewaluacją jednostek naukowych jest ograniczone. W warunkach erozji demokracji takie sprzężenie może jednak prowadzić do sytuacji, w której jednostki, w których badacze formułują krytyczne oceny działań władz, są systematycznie gorzej oceniane i w konsekwencji słabiej finansowane. Dlatego tak istotne jest, aby proces ewaluacji był prowadzony w ścisłej współpracy ze środowiskiem naukowym i opierał się na przejrzystych, merytorycznych kryteriach.
PAP: A trzeci problem?
A. B.-M.: To kwestia postępowań sądowych wytaczanych naukowcom w związku z ich publikacjami lub prezentowanymi poglądami. Wykorzystywanie instytucji sądowych w związku z prowadzonymi badaniami zostało ocenione krytycznie.
PAP: Czy mogłaby pani podać konkretne przykłady takich spraw w Polsce?
A. B.-M.: W raporcie i towarzyszącej mu dyskusji pojawiały się odniesienia do spraw przeciwko badaczom historii Holokaustu. Chodziło m.in. o wyrok z lutego 2021 roku przeciwko prof. Barbarze Engelking i prof. Janowi Grabowskiemu, w którym sąd zdecydował, że dwoje naukowców powinno przeprosić kobietę, która uznała, że jej krewny został zniesławiony w publikacji, gdzie przytoczono wypowiedź świadka w procesie sądowym oskarżającego mężczyznę o współpracę z Niemcami. W sierpniu 2021 sąd apelacyjny uchylił to orzeczenie, podkreślając wagę wolności badań naukowych. Takie postępowania, a nawet sama groźba procesu, mogą blokować usta i realnie wpływać na wybory badawcze naukowców. W Polsce dyskusja dotycząca badań nad Holokaustem bywa upolityczniana, co na arenie międzynarodowej jest postrzegane jako próba ograniczania wolności badań naukowych.
PAP: Wróćmy do kwestii nominacji profesorskich. Wciąż głośna jest sprawa dr. hab. Michała Bilewicza, który na podpis prezydenta pod swoją nominacją profesorską czeka od 7 lat. Czy ten kazus może sprawić, że inni badacze będą bać się podejmować kontrowersyjne tematy w obawie np. o profesurę?
A. B.-M.: Tak, to właśnie może prowadzić do autocenzury. Podpis prezydenta powinien być jedynie proceduralnym zwieńczeniem całego procesu i aktem uhonorowania naukowca. Ocena dorobku profesorskiego nie powinna być kompetencją polityczną. Ta procedura jest w rękach recenzentów i Rady Doskonałości Naukowej. To środowisko naukowe rozstrzyga, czy dorobek zasługuje na tytuł profesora. Prezydent nie powinien decydować o tym, czy dana osoba „zasługuje” na profesurę pod względem merytorycznym czy też kierować się światopoglądem.
PAP: Może rozwiązaniem byłoby wpisanie do ustawy sztywnego terminu, w jakim prezydent musi podpisać nominację?
A. B.-M.: Myślę, że to by nie wystarczyło. Co bowiem, jeśli ten czas upłynie, a podpisu nadal nie będzie? W obecnych warunkach prawnych nasze możliwości działania są ograniczone, ale dobra praktyka nadawania tytułów powinna być po prostu stosowana. Bez wolności akademickiej nie ma demokracji, a bez demokracji nie ma pełnej wolności akademickiej. To naczynia połączone.
PAP: Jakiś czas temu wprowadzono tzw. „pakiet wolnościowy” na uczelniach. Czy te rozwiązania realnie poprawiły sytuację?
A. B.-M.: Trudno mi powiedzieć, by to rozwiązanie przyczyniło się do zwiększenia tej wolności. Wolność akademicka to prawo do prowadzenia badań, nauczania i wypowiedzi, chronione przez instrumenty prawnomiędzynarodowe, m.in. przez Kartę Praw Podstawowych Unii Europejskiej i Europejską Konwencję Praw Człowieka. W interesie jednostek i państwa leży jej poszanowanie. W praktyce wolność akademicka rozwija się tam, gdzie istnieją silne gwarancje instytucjonalne, autonomia uniwersytetów oraz mechanizmy ochronne przed presją polityczną czy ekonomiczną. Zmiany prawne lub organizacyjne, które nie wzmacniają tych elementów, trudno uznać za realne wzmocnienie wolności akademickiej.
PAP: Czy zjawisko cancel culture (kultury unieważniania) również zagraża wolności nauki?
A. B.-M.: Zdecydowanie. W raporcie Rady Europy zwracano uwagę na problem mediów społecznościowych w deprecjonowaniu intelektualistów i podważaniu zaufania do wiedzy eksperckiej. Problem tzw. cancel culture dotyka szczególnie młodych badaczy, którzy dysponują mniejszym kapitałem instytucjonalnym i mniejszą odwagą, by prezentować wyniki swoich badań, zwłaszcza gdy wykraczają poza utarte schematy. Uczelnie muszą być miejscem na różne poglądy, o ile są one zgodne z prawem. Nawet poglądy niemainstreamowe powinny mieć przestrzeń do dialogu. Postęp naukowy w dużej mierze zależy od odwagi. Nie należy jej odbierać.
PAP: Jak możemy chronić wolność akademicką?
A. B.-M.: Potrzebujemy działań na kilku poziomach. W wielu krajach europejskich prężnie działają organizacje pozarządowe, które udzielają pomocy atakowanym naukowcom, takie jak sieć Scholars at Risk, programy SAFE czy PAUSE. W Polsce takiej dyskusji i wsparcia brakuje. Ważne są też transparentne procedury wewnątrz uczelni: komisje etyczne, dyscyplinarne i rady uczelni powinny stawać w obronie pokrzywdzonych. Solidarność akademicka jest ważna także wobec naukowców-uchodźców, np. z Turcji. A Turcja, w której tysiące naukowców straciło pracę po 2016 r., jest obecnie najgorzej ocenianym krajem pod względem wolności akademickiej w Radzie Europy.
PAP: A jak jest z wolnością akademicką po zmianie władzy w Polsce w 2023 roku?
A. B.-M.: Raport, o którym mówimy, nie obejmuje najnowszego okresu, natomiast w cyklicznym raporcie Parlamentu Europejskiego Academic Freedom Monitor 2024 odnotowano poprawę wolności akademickiej w Polsce w stosunku do 2023 r. Wpływ na to miały zmiany w liście czasopism punktowanych i większa otwartość resortu nauki na dyskusję ze środowiskiem. Wyzwania jednak pozostają. Oprócz wspomnianych problemów, warto monitorować system ewaluacji jednostek naukowych. Chodzi o równowagę między potrzebami państwa a autonomią uczelni, by proces oceny uczelni nie był sterowany centralnie i nie stał się w przyszłości narzędziem politycznym.
PAP: Po co przeciętnemu obywatelowi wolność akademicka?
A. B.-M.: Nauka powinna służyć poszukiwaniu prawdy. Państwa nie stać na ograniczanie swobody badawczej, bo bez krytycznego myślenia i odwagi w zadawaniu trudnych pytań nie ma ani sensownych reform, ani realnego postępu. W czasach dezinformacji i chaosu informacyjnego, napędzanego przez media społecznościowe, wolność akademicka staje się jednym z ostatnich filarów rzetelności. Krytyka nie jest zagrożeniem, ale jest działaniem na rzecz dobra publicznego.
Wolność akademicka to jednak nie tylko prawo, ale i odpowiedzialność samych naukowców. To także wartość, której obrona nie powinna spoczywać wyłącznie na środowisku akademickim. Żyjemy w rzeczywistości głębokiej polaryzacji, w której badania dotyczące migracji, praw człowieka czy historii łatwo zostają wciągnięte w logikę „my kontra oni”. Taka atmosfera może zniechęcać badaczy i badaczki do podejmowania trudnych tematów i do formułowania wyrazistych, niepopularnych tez. Może też rodzić poczucie instytucjonalnej niepewności – obawę, że krytyczna analiza jednej strony sceny politycznej przełoży się na brak wsparcia czy finansowania badań.
Polaryzacja polityczna często leży w interesie partii politycznych, które swoją narracją pogłębiają podziały w różnych obszarach życia publicznego. Rolą społeczności akademickiej powinno być natomiast łagodzenie tych napięć, a nie ich wzmacnianie. Jednocześnie rolą naukowców jest dążenie do prawdy, także wtedy, gdy jest ona niewygodna lub sprzeczna z dominującymi narracjami. Nie można dopuścić do instrumentalnego wykorzystywania naukowców i badań naukowych do bieżących celów politycznych.
Rozmawiała Ludwika Tomala (PAP)
Nauka w Polsce
lt/ bar/
Fundacja PAP zezwala na bezpłatny przedruk artykułów z Serwisu Nauka w Polsce pod warunkiem mailowego poinformowania nas raz w miesiącu o fakcie korzystania z serwisu oraz podania źródła artykułu. W portalach i serwisach internetowych prosimy o zamieszczenie podlinkowanego adresu: Źródło: naukawpolsce.pl, a w czasopismach adnotacji: Źródło: Serwis Nauka w Polsce - naukawpolsce.pl. Powyższe zezwolenie nie dotyczy: informacji z kategorii "Świat" oraz wszelkich fotografii i materiałów wideo.